środa, 21 września 2016

cotojest...

Kochany pamiętniczku.
Byłyśmy z Olą w Krakowie. Smok nie żyje, Wisła płynie w dobrą stronę. Na rynku można kupić muszelki i kierpce.


Adam Mickiewicz to i po śmierci ma przejebane.
 Gołębie na niego srają. Dzieci próbują na niego wejść... 
musi przez cały czas patrzeć w jedną stronę... 
  Słowacki był lepszy.



Dobry wieczór. mamy godzinę 23:58. 21 wrzesień. Do 8 części Harryego Pottera dzieli mnie jeszcze miesiąc. Ale to lepsze niż trzy miesiące. Proszę jak szybko minął ten czas.
A to też oznacza drugi rok studiów.
Gdzie mi się podział ten podręcznik o integracji i uspołecznieniu się... no gdzieś mi się zapodział...

od 11 minut staram się sklekocić coś, co będzie miało chociaż trochę sensu, jednak słabo mi wychodzi. Możliwe, że moje myśli są tak  pokręcone, albo ja jestem na tyle rozkojarzona,  że nic logicznego nie przychodzi mi do głowy. A może to po prostu norma u mnie.
 Dobra. Coś z tego będzie.

Monolog nocny.

Mamy 22 września pierwszy dzień jesieni, Jesienia zawsze mi się kojarzyła ze szkołą. Ona z gimnazjum, a gimnazjum z  początkiem fascynacji Japonią i Koreą. 7 lat już w tym siedzę. 7 lat to bardzo dużo. Przez te 7 lat mój gust został spaczony przez  wszystko co możliwe. I co teraz? SHINHWA dla mnie są jak wino... chciałabym się napruć tym winem. Mają około 35 lat... To jest 15 lat więcej ode mnie. Ale co z tego. Pamiętam, jak mając... 14-15 lat kochałam się w 40 latkach...ponad.
Japończycy są po prostu bardzo dobrze zakonserwowani. (L arc en Ciel, Glay...)
W sumie to dziwne, że w Szybkich i Wściekłych Japończyka grał Koreańczyk...
Wszyscy zachwycali się tym blondasem, co to zmarł... a ja za każdym razem zacieszałam gdy widziałam Hana. Spaczenie. SPACZENIE MOI DRODZY.

Mam ochotę na Bigos... Ale taki dobry. z chlebem grubo posmarowanym masłem.
To chodzi za mną od dłuższego czasu... oj albo gołąbki.
Gdybym miała robić gołąbki, to musiałabym jechać do Wawy zawieść je DDN.
DDN to najlepszy Oppa na świecie.

Jako Biseksualny Ateista boję się, że któregoś dnia ktoś mi wpieprzy. Nie jestem stuprocentową Polką. Może powinnam kupić sobie ciuchy w h&mie zamienić imię na dżesika i pójśc do spiża by wyrwać jakiegoś sebixa?
Nope.


Ayo Lee wróciła do Polski.
Ayo Lee jest spłukana.
Ayo Lee jest smutna...

Boli mnie to, że  filmiki na YT, które były wrzucane 9 lat temu jako HD...już nie wyglądają na hd...
Czuję się jak na imprezie pikselowej...



- Tamara co oglądasz?
- czwórkę trzydziestoletnich facetów grają ze sobą w grę, gdzie są pudełkami i zabijają się nawzajem.
Zrozumiałam, że tylko dzięki temu, moja babcia będzie w stanie ogarnąć czym się jej dziecko interesuje...
Mogłam tak podobnie zrobić z pokemonami. 



piątek, 9 września 2016

b^2-4ac

. . .
mamy godzinę 12:20.
Kiedy to napiszę ta godzina własnie pojawia  się na zegarze z mojego kochanego laptopa. Oblepionego   naklejkami z plus social, które  posiadam z imprez kpopowych. Najlepszych imprezach jakich byłam tak mówiąc szczerze.
Ok. Jedynych imprezach na których się pokazuje. Taka  prawda.

 W ciągu ostatniej godziny zdążyłam  zakadzić cały pokój olejkiem  konwaliowym (dzięki mamo, że  smażyłaś jakiś gulasz, dzięki czemu w całym domu nim było czuć. Dzięki. Dzięki.)
zdążyłam obejrzeć  nowy odcinek Markimoo,  polajkować około 40 zdjęć kotów na instagramie, zrobić odpis na RP do którego należę. (jestem dumna z tego odpisu. Wena do mnie powróciła)


W tle leci sobie Butterfly od f(x) w wersji instrumentalnej, które wielbię od czasu jego wydania, a mnie samej wzięło na przemyślenia. Czyli typowa Sasu w godzinach nocnych.

Wszędzie natrafiam na posty moich znajomych, którzy coś robią, jedna przechodzi na dietę, ograniczającą słodycze, druga osoba robi jakieś kursy, trzecia ma plany wyjechania z kraju, czwarta chce zdobyć kilimandżaro wchodząc na nie w płetwach.
Wszędzie piszą "rób coś" "bądź kreatywny" "spełniaj się" "twórz coś" "RÓB COŚ ZE SOBĄ"

A ja siedzę z włosami przesiąkniętymi fryturą i wciąż lajkuję posty o kotach.
Jednak po takich postach zaczynam z lekką obawą lajkować posty o kotach.

Podziwiam ludzi, którzy posiadają  jakiś plan w życiu.  Kończę te studia, chcę robić to i to.
Ja w ciągu 5 lat zmieniałam tak dużo razy plany na swoje życie, że w końcu  jestem w punkcie, gdzie nie mam pojęcia co mam ze sobą zrobić.

Czy skończenie 20 oznacza, że trzeba wiedzieć co w życiu robić, czy mam może jeszcze jakieś  kilka lat, aby znaleźć coś co się chce robić?
 Było już w planach:
- geograf
- grafik
- grabarz
- marynarka wojenna
- kosmetologia/ wizaż.
- pewnie milion innych rzeczy.


Pomysłów jest dużo. W cholerę że tak się wyrażę nieładnie. (zapisali mi właśnie to na minus) Jednak co z tego wyjdzie? Nie mam pojęcia.

Wakacje się skończyły. Za miesiąc idę na studia. Lecimy z drugim rokiem studiów dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Został rok. A co będzie dalej, to pewnie dowiem się godzinę przed ostatecznym wyborze magisterki.


A TO WSZYSTKO DLATEGO, ŻE NIE DOSTAŁAM LISTU Z HOGWARTU.

niedziela, 14 sierpnia 2016

ZFK2016.jpg

Zmęczona jestem. I będę jeszcze taka przez kolejne dwa dni. Ale co z tego? Kolejny dzień w roku mogłam spędzić z ludźmi, którzy dzielą ze mną te same zainteresowania. Mówią tym samym fandomowym językiem. I co jest najważniejsze...rozumiemy się nawzajem.
Szczególnie wtedy, kiedy  ogłosili, że Jackson wrócił do blondu zawrzało od krzyków  pochwały i szczęścia. 
Nie dziwię się. Jackson w blondzie wygrywa życie.

Krótkie podsumowanie ZFK w Krakowie 2016.


1.  Nie wiem jak to się dzieje, ale mijając ludzi w drodze na miejsce zbiórki, a potem kiedy szłam po Ayo od razu można było się domyśleć które jeszcze osóbki idą na zlot. Coś w nas jest, że się da nas rozpoznać w grupie. I nie mówię tutaj o oczywistych fanach gdzie noszą bluzy czy koszulki z nazwami zespołów, czy inne gadżety. Coś w nas jest, że dało się nas rozpoznać. Oczywiście dochodząc na miejsce zbiórki to już z daleka było widać kolorowe włosy i ubranych głównie na czarno ludzi. CO MY SIĘ TAK DOCZEPILIŚMY TEGO KOLORU?!



2. Ayo Lee 
a. Ayo Lee jest przegrywem życia. Naprawdę Cię uwielbiam słoneczko, jednak to przez Ciebie nie dostałyśmy ostatniego punktu w kalamburach, bo nie znałaś CL the baddest female. Wstydź się. WSTYDŹ!
b. nie kradnij mi już więcej czapki.
c. prawdopodobnie jest jedyną osobą, która może się do mnie bez pytania przytulać. Doceń to.
d. Może kiedyś będzie reaktywacja Onion Squadu.

3. Sam Zlot.
a. Oceniam na mocne...6/10.  Domyślam się ile pracy i cierpliwości musiało zająć zorganizowanie wszystkich nagród,  pozwolenia na to byśmy siedzieli na środku rynku w Krakowie, pilnowania by wszystko poszło dobrze, jednak  parę drobiazgów sprawiło, że w niektórych momentach człowiek się nudził.  Ale i tak! Szacunek dla organizatorek, które odwaliły kawał dobrej roboty! Niech Bozia wam w oppie wynagrodzi i zapasie kimchi.
b. Pozdrawiam  dziewczynę z nogą w gipsie i jej opiekuna, który  przez cały zlot z nami siedział. Co on sobie musiał o nas pomyśleć.

c. Gościu, który  włączył na cały regulator głośnik z fantastic baby powinien dostać paczkę ryżu w prezencie. Widok  turystów patrzących się na nas z przerażeniem, kiedy  na cały regulator śpiewaliśmy Fantastic Baby było przepiękne.
d. Nasz fandom jest najbardziej atrakcyjny. :3 
e.  Jeske musi  poznać Nalina.


1. Dziórawy Kocioł zaliczony!
     Jako wielki fan Harry'ego Pottera nie mogłam nie pójść do kawiarni ucharakteryzowaną na Harrym.  Polecam Zimne kremowe piwo i deser grubego mnicha! Pomieszczenie kawiarni mieści się  w piwnicy,  brak jakichkolwiek okien sprawiała, że czułam się, jakbyśmy siedzieli w  sali eliksirów u Snape'a czy pokoju wspólnym Ślizgonów. Muzyka, która leciała oczywiście była Soundtrackiem z Harryego. Przez cały czas, kiedy tam siedzieliśmy z Ayo i Alice tematy naszych rozmów krążyły wokół Harryego Pottera.  Huncwoci, która część  książki i filmu jest najlepsza, dlaczego film jest tak okrojony, paringi (ach te fanki yaoi) który bohater jest najfaniejszy... Gdybyśmy mogły, siedziałybyśmy tam do północy. Ale trzeba było wracać na zlot.

2. McDonald.

Mam dość śmieciowego jedzenia na kolejne 2 tygodnie. Za dużo i za często.  Nope.

3. Afterparty.
 Mogłam być na swoim ulubionym stanowisku DJ'a. Dziękuję Julii i Oli, że pozwoliły mi siedzieć i wybierać playlistę.  Dzięki temu wy mogłyście  się pobawić i porozmawiać ze znajomymi, a ja przerażona załatwiałam piosenki ze swojej komórki...
Ale żeby mieć tak mało piosenek girlsbandów i  piosenek ze złotego wieku kpopu? No wiecie? Nieładnie.
Dziękuję wszystkim, którzy bawili się  na Afterparty!
Niestety przez zbyt wielkie wczucie się w muzykę  teraz nie potrafię mówić. Nigdy więcej już nie będę  próbowała wyciagać wysokich nut w piosenkach, wrzeszcząc na całe gardło. I chyba się przeziębiłam od tej klimatyzacji za sobą... ból. ALE I TAK BYŁO WARTO!
ps. Zauważyłam, że koreańce wyjątkowo dobrze się bawili do MAMAMOO. TO JEST ZNAK!

TORT.
 Tort był bardzo dobry.  Próbowałam. Malinowy. Podobno kawałki z talerza były wcześniej na talerzu. Nie czuć było. Ekhm...Tak.


4. Dziękuję, Dziękuję. 

W tym momencie osoby, które nie znają mnie jako osobę sentymentalną mogą ominąć ten wątek.


Ayo Lee - Dziękuję, że spędziłaś ze mną tyle czasu. Pomimo tego, że kiedyś miałyśmy spiny, to kiedy widzimy się na żywo  nie możemy się odkleić od siebie.  Żałuję, że tak rzadko się spotykamy. Naprawdę  bym chciała częściej się spotykać.
Agata- Dziękuję, że załatwiłaś mi nocleg, oraz spędziłaś ze mną niedzielę.  Jesteś urocza kiedy jesteś zmęczona. Nie kradnij mi więcej kołdry i uważaj na siebie. Mam nadzieję, że dojechałyście bezpiecznie.
UB. Ann i Karol - Dziękuję, że mogłam się znowu z wami spotkać.  Karol przepraszam, że  zmuszałam twoją rękę do ruchu. xD
Sus- ... to mieszkanie było za wysoko. Jesteś wygodnym człowiekiem. I przestań poprawiać tą grzywkę przez cały czas.
 Jeske- Pizza była niedobra. Miło było z tobą porozmawiać i poznać Cię nie jako "oppę kpopowego fandomu"
Koza - ... Jesteś za głośna dla mnie, ale nieważne.   Mam nadzieję, że mnie nie chcesz zabić i szanuję to co robisz. Pamiętaj.  Jak się nazywała ta książka  od  c++? 
Ekipa z Tauronu - dziękuję, że się mną zajęłyście  i pozwoliły przenocować.  Kawały o żydach,  soczek i bułka. Jesteście naprawdę wspaniałymi osobami.  TO KOMPLEMENT NA KTÓRY NIE KAŻDY SOBIE ZASŁUŻYŁ.
Monika- Dziękuję za przenocowanie i danie wszystkiego czego potrzebowałam.  Jak obiecałam tak zrobię! Podaj adres, a ja Ci wyślę paczkę słodyczy! Chyba nie schowałam piżamki. Przepraszam.
Anita- TY SŁODZIUTKA ISTOTKO! *Pac Pac po główce*
Ola- Wszystkiego Najlepszego! Mam nadzieję, że  reszta dnia była dla ciebie milsza (wyglądasz jak gówno od razu po obudzeniu w dniu urodzin...chyba musisz uważać na ten rok)
Magda - również dziękuję za spędzony czas. Obejrzyjmy kiedyś  UR razem!

Wszystkie osoby z którymi zamieniłam kilka słów - pomimo, że pewnie nie znam, nie pamiętam waszych  imion to i tak jest mi miło i się bardzo ciesze, że mogłam z wami porozmawiać! Mam nadzieję, że za rok będziemy mogli się znowu bawić razem. 



A teraz tylko czekać, aż  się pojawią filmiki i  zdjęcia. Boję się.


Elf musi dostać elficką różę.



środa, 20 lipca 2016

koszmar_chemika.png

Drastycznie zmieniłam tło i nagłówek  na blogu jak widać.
 Cóż... na razie w mojej głowie się dzieje to co widać. #sztuka #zesztukąniedyskutuje
Ciekawe jakby zareagowało ASP, nad którym się zastanawiałam.
 UE Nie spełnia moich oczekiwań. Smutne, ale prawdziwe. Poszłam na dziennikarstwo z wielkimi wątpliwościami. Po tygodniu chciałam się przepisać na inny kierunek. Teraz biernie zdawałam  egzaminy jak najlepiej, łudząc się, że może chociaż z tego chodzenia jakieś stypendium naukowe dostanę... Chociaż nic nie wiadomo.  Jak nie, to chociaż będę miała dalszą myśl, że jestem w czymś dobra a dawno tak się nie czułam.
      Nie mogę opierać  brody o dłoń, bo od razu mój kciuk niespokojnie drga. Czy powinnam się tego obawiać, czy już umieram, czy ostatnio przesadzam z jakimś składnikiem w pracy, czytaj pepsi, którą tam namiętnie piję? Boję się, że moje zęby się rozpuszczą. Sny o traceniu zębów były zawsze najgorsze.
Wracając.
 Zastanawiałam się nad rzuceniem studiów i przejściu na ASP.
Cóż... poprzestałam na chęciach. Przeszłam się do  ASP w Katowicach to "dziekanatu" z kierunku projektowania graficznego. Charyzmatyczna a zarazem  przerażająca Pani Basia była w stanie mnie już zapisać i opracowała mi cały plan na te studia, łącznie z wzięciem   urlopu dziekańskiego na rok by jakby co móc wrócić na dziennikarstwo...lol.
Dowiedziałam się, że jestem skrzywiona studiami. Cóż... mało się nie pomyliła. I powinni mnie wyprostować na ASP. Przeraziło mnie to. Koniec końców, po  dyskusji w domu, rozmowach ze znajomymi, zostaję na dziennikarstwie, aczkolwiek drugi licencjat na pewno będę robić. Ale co? To się jeszcze okaże.
Zawsze chciałam iść na klimatologię. Zastanawiałam się nad informatyką. No i grafika. Ale życie stwierdziło, że będzie zabawnie, jak pokrzyżuje całe życie i teraz jesteśmy gdzie jesteśmy.

1. Zmieniłam pracę. Jest fajniej.
2. Nie jest fajnie, prawie straciłam 2 palce i wciąż czyha na mnie poparzenie 3 stopnia
3. Nawróciłam się znowu na fandom... Najlepiej się trzymać ze swoimi.
4. Wciąż nie lubię ludzi...
5.  Zostało 24 dni do Zlotu fanów K-popu. Znowu spotkanie rodzinne.
6. Dlaczego kobiety w teledyskach robią z siebie obiekt seksualny, traktowany jak towar?
7. Muszę staranniej dobierać sobie znajomych.

środa, 29 czerwca 2016

ZOO

"Ola idźmy do Zoo!" 
 Ten pomysł powstał w mojej głowie w niedzielę, kiedy  to siedząc w pracy, przeglądałam na necie co można porobić w Katowicach. W końcu na Mariacką nie śpieszy nam się zajrzeć a i sama forma leniwego jedzenia też zaczyna być nudna. No to co. Zoo? Zoo.
Wybrałyśmy się w Poniedziałek z rana.  Co jest największą zaletą bilety są dla studentów tanie, więc dlaczego byśmy miały nie skorzystać. A trzeba przyznać, Śląskie Zoo było wesołą wycieczką.

Strażnik Drogi.
-To gdzie teraz?
-Tędy - powiedziała Ola, wskazując na jakąś dróżkę
-A czemu nie tam? - jęknęła Sasu, pokazując na drogę gdzie były jakieś ciekawsze zwierzęta
-BO TAM  DOJDZIEMY WIDZISZ? MUSIMY ZROBIĆ TAKIE KÓŁECZKO!
Danie mapy Oli było największym błędem, bo Ola jako perfekcjonista szedł zgodnie z wyznaczoną trasą. Jak na początku nam szło potem coś się popsuło... Chyba minęliśmy przez to 2 zagrody. Ale  byłyśmy tak zmęczone, że już nam było wszystko jedno.  Nie zgubiłyśmy się, a GPS nie był nam potrzebny

Antylopy i inne Jelenie.
Chodząc po Zoo każda z nas miała swoje cele do obejrzenia zwierząt. Ola miała surykatki, jaguary, słonie i wilki. Ja miałam alpaki, lamy,  żyrafki i słonie. Jednak to nie jest takie łatwe. Uświadomiłyśmy sobie w połowie drogi, że coś jest nie tak. Co zagrodę mieszkały zwierzęta podobne do siebie. A to jeleń. A to inny jeleń pod inną nazwą. A to antylopa, a to kopia antylopy...   Widząc kolejne jeleniopodobne zwierzę dawałyśmy sobie spokój skracając sobie drogę. No ile antylop można oglądać? A co z resztą?
Przyszłyśmy akurat po porze karmienia, więc większość zwierząt spała. Widok Tygrysa, leżącego na pryczy przypominał mnie, kiedy nie mam nic do roboty. Aż mi się miło zrobilo patrząc tak na nie. Coś jednak mam z nich.  Słonia nie było. u Hipciów sprzątali, a alpaka siedziała w domku i nie chciała wyjść. Wilki spały. Podobno wychodzą wieczorem w nocy. Przykrość.  Zostały nam antylopy do pooglądania i jelenie. Ale czy żałowałyśmy wyjścia? Oczywiście, że nie! w końcu widać po zdjęciach.


 - No Ola uśmiechnij się! 


*Ola staje i uśmiecha się, zastanawiając się co takiego zrobiła, że musi być na zdjęciu. Mama będzie zadowolona...No rób to zdjęcie*

- nieszczery ten uśmiech...





środa, 13 kwietnia 2016

Małe potwory. Żal numer dwa.

    Nie lubię dzieci.
Dzieci, a raczej małe potwory jak je nazywam są małe, wredne,  hałaśliwe i cholernie kłopotliwe. Nigdy nie lubiłam dzieci. Nigdy nawet nie miałam jakiegoś instynktu macierzyńskiego, który namawiał mnie do tego, by kochać każde malutkie dziecko.  Obrzydzają mnie i przerażają jednocześnie, jednak są momenty, kiedy trzeba je znosić, a dlaczego ich tak bardzo nie lubię? Cóż... jest parę przykładów, a najbardziej te przykłady widać w restauracji.
1. Mali Budowniczy.
Najgorsza rzecz, jaką rodzice mogą zrobić, to pójść ze swoim kochanym brzdącem do restauracji.  Najlepiej jeszcze ze swoimi znajomymi, którzy również przychodzą ze swoimi "pociechami" których zazwyczaj jest dwójka lub trójka.   Przychodzi sobie takie małe przedszkole do restauracji i zostawiają  potworki przy zabawkach, a sami zajmują się jedynie sobą.  No i się zaczyna...
 Kiedy  w restauracji mają kącik  z zabawkami dla dzieci, małe potwory rozwalają wszystkie zabawki na  podłogę i zmieniają się w architektów i budowniczych.  Rodziców oczywiście nie obchodzi, że ich pociecha  rozpierdala zabawki po całej sali, utrudniając jednocześnie pracę kelnerom, którzy muszą iść z talerzami między ich "budowlami" (A spróbuj tylko przypadkiem to rozwalić)  prawie zabijając się o nie. Kelnerzy nie mogą oczywiście zwrócić uwagi rodzicom zatopionych w rozmowie z kolegami, bo przecież ich pociechy to największe aniołki i najważniejsze postaci tego miejsca.
Oczywiście po wyjściu z restauracji zostawiają syf, bo kelner posprząta.
     2. Alergia na jedzenie
Kiedy wreszcie zamówią jedzenie i usadzą dziecko przy stole...zaczyna się koszmar kuchni.
"A z czym to jest..." "Ale prosimy bez cebulki..." "A czy można ściągnąć z tego szczypiorek? Brajanek nie znosi zielonego" "Ile jeszcze będziemy czekać? Bo moja XX jest już bardzo głodna". Gdy pociechy dostaną jedzenie zaczyna się popis pod tytułem "zjem tak, by zostawić jak najwięcej na stole". Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego rodzice nie potrafią nauczyć swojego dziecka jeść wszystkiego co jest na talerzu, albo chociaż zwrócić mu uwagę, by nie wywalał połowy jedzenia na stół. Rozumiem, że  używanie noża i widelca razem to wyczyn równy zdobyciu doktoratu z fizyki, jednak  patrząc na niektóre dzieci dochodzi się do wniosku, że chowane są w chlewie.
   3. Amelka będzie śpiewaczką operową
Miła, cicha, spokojna niedziela w restauracji, Para siedząca przy stoliku je spokojnie swoje zdanie, dziadek wsuwa rosół, czytając gazetę, koleżanki siedzą razem, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Każdy zajęty sobą jeszcze nie wie, że zaraz ich ciszę przerwie.... bachor, który  zaczyna wrzeszczeć i płakać, już nie mówię o zwykłym płaczu, kiedy dziecko powinno o którejś tam godzinie spać, a rodzice na upartego go ciągną. Nie. Ja mówię o wyciu. Tym okropnym wyciu, bo dziecko czegoś nie dostało. Syrena rozbrzmiewa po całym pomieszczeniu zaczynając irytować każdego z osobna, a dziecko nie przestaje, póki się nie zmęczy, albo kiedy nie dostanie tego czego chce.  Rozpieszczone dzieci to najgorsze dzieci.
  Coś czuję, że nigdy nie zostanę matką, patrząc na potwory mijane i widziane w pracy mój instynkt macierzyński się nigdy nie włączy, no chyba, że do kotów...ale to już inna historia.

czwartek, 24 marca 2016

Mężczyzna z ulicy Stawowej i jego przyjaciel.

   Kiedy byłam małym i bardzo gadatliwym dzieckiem, czyli mając jakieś 3-4 latka to moja mama jeszcze studiowała polonistykę na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Były to czasu naprawdę odległe, jednak do teraz pamiętam jaką wielką atrakcją była wycieczka do Katowic. Najpierw jazda pks-em, by na Brynowie wejść do tramwaju. Tramwaj był ważną częścią wycieczki. Uwielbiałam nim jeździć.  Szybkie załatwienie spraw na Uniwersytecie i już dreptałam z mamą do centrum Katowic. Ulica trzeciego  wydawała mi się najdłuższą ulicą która się nie kończy, a na miejscu dzisiejszej Galerii Katowickiej był plac na którym jeszcze się nic nie działo. Jednak najważniejszą rzeczą wycieczki była ulica Stawowa.  Uwielbiałam wrzucać  groszówki do fontanny z żabką, która jeszcze do dzisiaj stoi na sławetnej ulicy, a sama Stawowa wydawała się dla mnie  bardzo tłoczną ulicą. Wycieczkę kończyłyśmy w Macu, biorąc zestaw dla dzieci z nugetsami i zjeżdżając na zjeżdżalni, która znajdowała się w środku  McDonaldu.
   Dzisiaj tą ulicą przechodzę parę razy w tygodniu i nie robi ona na mnie już takiego wrażenia jak za czterolatka. Stawową można uznać za kanał łączący  pks z Galerią Katowicką. Codziennie, każdej godziny przechodzi nią setki ludzi. Są to starsi ludzie, nie śpieszący się nigdzie, turyści, taszczący plecaki i karimaty na plecach, uczniowie i studenci, wracający ze szkół, często wlepionych wzrok w komórki, lub ściskających  dumnie w ręku plastikowy kubek ze starbucksa (bo to przecież teraz modne...lepsza kawa jest w Koffeina bistro na rogu stawowej i trzeciego maja) biznesmeni, odwaleni w ciuchy z najnowszej kolekcji zary, dzieci z rodzicami, obcokrajowcy, którzy nie do końca wiedzą gdzie się znajdują i inne jednostki śpieszący się na autobus, do znajomych, na tramwaj. Skupieni się na samych sobie nie zauważają pewnego człowieka, który jest dla mnie nieodłączną częścią ulicy stawowej. 
   Otóż człowiek ten  ma przyjaciela, który zawsze przy nim jest. Dużego owczarka niemieckiego, leżącego na jego kolanach, lub obok wózka inwalidzkiego. Ów człowiek to biedny mężczyzna, około 50 który codziennie stoi po lewej stronie Stawowej tuż obok H&M'u i McDonaldu. Zbiera jedzenie. Nigdy nie prosi o pieniądze, jednak ludzie wrzucają mu do pustego pudelka  arę drobniaków. 
Kiedy zaczynałam studia, przechodziłam obok niego obojętnie. Brałam go za każdego innego żebraka, który zbiera pieniądze na alkohol, a jedzenie wyrzuca do śmieci, jednak z każdym dniem, tygodniem  zauważałam, że to nieprawda. Podchodzą do niego uliczni sprzedawcy warzyw, przynoszący mu owoce i warzywa, za które on dziękuje i wkłada do torby. Pewnego dnia, kiedy wracałam do domu przypomniałam sobie, że mam przy sobie kanapki, które wiem, że nie będę chciała już zjeść, a jak je zaniosę do domu, to znowu będę musiała wysłuchiwać, dlaczego to nie zjadłam kanapek. Postanowiłam mu je oddać. Bardzo się bałam podejść, bo nie wiedziałam jak on zareaguje. Jednak coś we mnie mówiło, że to jest dobry pomysł i przecież nie robię nic złego. Po prostu chcę pomóc drugiemu człowiekowi, który się ma gorzej w życiu niż ja.  Jego podziękowanie i szczera radość sprawiły, że poczułam się lepiej. Pierwszy raz od długiego  czasu poczułam się potrzebna drugiej osobie, a ta osoba jest szczęśliwa z mojej pomocy.  Do końca dnia byłam szczęśliwa, że tym gestem ktoś poczuł się lepiej. Od tamtego czasu  kiedy wiem, że bd przechodzić stawową pamiętam, by  zawsze mieć coś do jedzenia. 
   Ludzie przechodzący obok niego, patrzą się jakby był śmieciem, kimś gorszym. Czymś, co powinno być usunięte ze stawowej bo burzy  estetyczny wygląd "lepszej" dzielnicy Katowic. Są też tacy, którzy odwracają wzrok, nie patrzą się, udawają, że go w ogóle nie widzą. Ich ten problem nie dotyczy. Przecież mam pieniądze, dom, rodzinę.  Jestem ponad to wszystko. Dlaczego mam pomagać. Podzielić się z drugim człowiekiem jedzeniem? Bochenek chleba nie kosztuje majątek, a jeśli raz na jakiś czas wydam 20 złotych  by kupić jedzenie dla tego człowieka to wiem, że nie zbiednieję. Może jestem do tyłu z dwoma dychami, jednak widząc jego uśmiech i radość,za każdym razem kiedy do niego podchodzę i przynoszę mu jedzenie jest lepsze niż kawa ze starbucksa którą bym mogła kupić za te pieniądze.

piątek, 18 marca 2016

Żal Pierwszy.

Wszystko zaczyna się już z samego rana, kiedy  wyłączam alarm w komórce, włączam  Wi-Fi i czekam aż zaleje mnie fala  powiadomień z portali społecznościowych.  12 powiadomień z facebooka... 4 snapchaty... ileśtam lajków na insta i nawet  znajdzie się powiadomienie z tumblra. No i ten przeklęty gmail. Czasu mam około 5 minut, więc olewam gmaila i snapchata, szybko przewijając listę lajkujących kolejne zdjęcie mojego kota na insta. Oho.  Paru kolegów dało lajki, jest dobrze. Trzymamy poziom.  Przełączam na fejsa. Lajki na kpopowym spamie, nowe posty spamerki kpopu, pytającej się o kolejną ważną rzecz, bez której nie przeżyje i... no jakie to piękne. Znowu na studiach mają problemy pierwszego świata... Już zdążyli wkurzyć człowieka a żyje niecałe 10 minut.
  Po porannym  sprawdzeniu w końcu zwlekam się z łóżka, patrząc na pogodę za oknem. Mgła? Jest źle. Włosy się pokręcą. Brzydko? No znowu!?  Nie nudzi im się przez te 3 miesiące? Klimacie zrób coś ze sobą. Śnieg...? No jeszcze tego ciulstwa tutaj brakowało... Pogoda nastawia mnie  neutralnie do reszty dnia. Chujowa pogoda- mam prawo narzekać.
   Wyjście z pokoju i dojście do łazienki odbywa się bez  problemu. Wymruczenie czegoś pod nosem na dzień dobry babci i zamknięcie się w łazience by ogarnąć włosy i siebie zajmuje kolejne 5 minut. Nie ma to jak z rana zacząć dobry dzień bez usłyszenia, że znowu mam wisielczy humor. Najlepsze ranki są wtedy, kiedy nie ma nikogo w domu. Nie musisz odpowiadać na pytania które padają milon razy  z rzędu "A o której wracasz?" "idziesz do pracy czy do szkoły?" Ugh.... nie wystarczy kartka na lodówce z wypisanym planem całego tygnia i nawet podkreśleniem oczojebnym długopisem o których godzinach gdzie jestem?  W turbanie  przenosimy się na okno, gdzie z lamowatej twarzy zmieniam się w mniej lamowatą misia pandę, Oczy w końcu zostały zauważone. Eyeliner dzisiaj został moim przyjacielem. Jest dobrze! Widok makijażu zrobionego w 20 minut cieszy mnie bardziej  niż widok crusha na korytarzu. Smutne ale prawdziwe. Kolejne problemy kobiece idą w miare szybko.  Szare rurki (bo inne spodnie nie są mile widziane w szafie) czarna koszulka. Czarna bluza wskazują na lenistwo do wybierania bardziej kobiecych ubrań. A w końcu kogo ja oszukuję?! moja atrakcyjność wynosi -50.
   Nagle słyszę jak domownik woła "Ale zjedz coś!"  
... Naprawdę? Naprawdę muszę? Mój wewnętrzny rebel  krzyczy "NIE" moje spodnie krzyczą ''NIE" jednak struny głosowe wydobywają ciche "No..." i grzecznie zjadam śniadanie, by ominać kolejne narzekania domowników, że nic nie jem... To ten moment gdy po raz kolejny trzeba potwierdzić co się zamierza dzisiaj robić i  grzecznie wziąć drugie śniadanie, bo przecież muszę coś zjeść... 
   Wow. Wyszliśmy z domu. Wow... gdzie moje słuchawki... Karta wzięta?  Wzięta. Wyszukujemy  na Spotify playlistę z piosenkami na dzień dobry i dziarskim krokiem, czytaj prawie biegiem docieram na przystanek... Marylin Manson, G-Dragon dubstepy i Adore Delano budzi mnie do tego stopnia, że zaczynam ogarniać gdzie się znajduję i że mam łapać Drabas który.... oczywiście się spóźnia. Fajnie. Zostało nam 50 minut do dojechania na Zawodzie, a ja ze swojej dziury jeszcze nie wyjechałam. Oho... jedzie. Wyciągam rękę, modląc się, by inne auta przypadkiem nie wzięły mego znaku za prośbę o podwózkę i kilka minut później stoję w busie, włączając głośniej muzykę, stojąc na schodku, bo Drabas jak zwykle zawalony ludźmi. Oby działały hamulce. 
    Niecierpliwie i lekko zirytowana spóźnieniem spoglądam na zegar w telefonie. 10.55 a my w Łaziskach? Niedobrze... po 20 minutach dojeżdżamy do Katowic, ALE PROSZĘ PAŃSTWA NIE MA TAK ŁATWO! Pierwszy przystanek bo musi wyjść ktoś przy ligocie, kolejny na AWFie bo się kierwa nie da dojść z mikołowskiej...Oczywiście tam też mamy przystanek. W końcu mamy pkp. Moje krótkie nóżki  szybko docierając na pkp i przelatuję go trafiając do galerii. Powinnam zrobić sprint do przystanku tramwajowego, może zdążę na dwudziestkę... Ale nie.  godzina 11.18 to godzina w której Cimcie pracujące nie wiadomo kiedy muszą przechadzać się w stadzie po galerii. Bardzo niegrzecznie przepychając się przez nie i burcząc "przepraszam" "Ale tu się student śpieszy byście się ogarnęły i nie zawadzały na drodze" chciałoby się dodać ostatni człon wypowiedzi, wybiegam przed Galerię, mając IDEALNY widok na odjeżdżającą dwudziestkę.  Śmierć Mufasy nie jest tak smutna jak odjeżdżający tramwaj na uczelnię. Wlokę się na przystanek, wypatrując mojej kolejnej bryki. Po chwili już jadę  moją Karetą 15, która jak to zwykle bywa na odcinku Rynek- Uczelnia musi mieć: 
  • kontrolę biletów
  • czerwone światło 
  • rozwija prędkość  30/h
  • przystanki na których ludzie muszą jeszcze bilet kupić.
Tym oto sposobem  docieram na uczelnię po 10 minutach... zostały 4 minuty, ALE NIEE.... Mamy sławne przejście dla pieszych na którym nawet jeśli droga jest pusta i tramwaj żaden nie jedzie to i tak się nie zmieni na zielony. Kolejną minutę  poświęcasz na przeklinaniu zastanawiając się przy przelecieć na czerwonym. Ale to zasadzka! Pewnie zaraz by się znalazła Policja, która tylko czeka, aby studenty płaciły 5 dyszek mandatu. Kiedyś ktoś się wkurzy na te światła Katowickie
Na styk wpadam na uczelnie by kolejne 5-6 godzin spędzić wśród ludzi, którzy  raz na dzień muszą zabłysnąć jakąś "mądrą" i "inteligentną" odzywką. Przynajmniej mam meduzę. Wygrałam kolejny dzień bez uświadomienia ludzi jak bardzo kogoś nie lubię, nie zrzuciłam nikogo ze schodów i nie rzuciłam w nikogo krzesłem.
   NO TO LECIMY NA TRAMWAJ! 
Ta sama  śpiewka. Kolejne 11 minut spędzone w tramwaju, w którym zastanawiasz się, czy jednak nie byłoby zdrowiej i szybciej przejść się pieszo. Przeklinanie na światła na rogu Piotra Skargi, oraz dopadnięcie do Drabasa. Szybki powrót do domu w którym  od razu przechodzisz do swojego pokoju i zamykasz się w nim, aby po całym dniu przebywania z ludźmi w końcu można przebrać się w dres, zmyć tapetę, tracąc oczy i  delektować się ciszą i samotnością. Tylko ja i laptop, jedzenie, kot. Czego więcej potrzeba osobie kochającej przebywanie samemu... Może zawinięcie się w szarą (adekwatną do właścicielki) kołdrę i pójście spać. Jutro będzie piękny dzień... 

piątek, 11 marca 2016

Boya!

Blog założony. Po namowie Meduzki znowu reaktywuję pisanie o niczym, albo będę hejtowała wszystko i wszystkich. Dobry plan. Teraz się go trzeba trzymać.
Nienawidzę mówić o sobie a mam pisać bloga.  Mój masochizm ostatnio przerasta moją nienawiść do ludzi.